ADAM  HANCZYNkonsultant biznesowyWejdź do kwalifikacji
Baza wiedzy
SPRZEDAŻ · 29

Oferta bez odpowiedzi: klient milczy, bo Ty znikasz po kliknięciu „Wyślij”

Trzy tygodnie ciszy po wycenie rzadko biorą się ze złej woli klienta. Oferta trafia do kogoś, kto nie decyduje, a Ty znikasz po kliknięciu „Wyślij”. Jak zrobić, żeby wycena kończyła się odpowiedzią.

SPRZEDAŻ7 MIN
Oferta bez odpowiedzi: klient milczy, bo Ty znikasz po kliknięciu „Wyślij”

Oferta wyszła w czwartek o dziewiątej rano. Do wtorku nikt na nią nie odpowiedział, a Ty zacząłeś zaglądać do skrzynki co godzinę i tłumaczyć sobie, że klient pewnie jest na urlopie.

Po trzech tygodniach ciszy masz już własną wersję wydarzeń. Klient wybrał kogoś tańszego, ktoś mu skasował budżet albo wycena go przestraszyła. Każda z tych wersji brzmi sensownie i żadna nie opiera się na niczym, bo nikt Ci niczego nie powiedział. Wersja, w której zawinił klient, ma jedną zaletę: nic w niej nie trzeba zmieniać u siebie. Tyle że cisza po wycenie rzadko jest cechą charakteru klienta. Częściej jest skutkiem tego, co dzieje się z ofertą po kliknięciu „Wyślij”, a dokładniej tego, że nie dzieje się nic.

Co naprawdę robi klient z Twoją ofertą?

Wygląda to tak. PDF ląduje w skrzynce osoby, która o wycenę prosiła, ale rzadko ona sama decyduje. Przekazuje plik dalej: szefowej, wspólnikowi, księgowej, z dopiskiem „zerknij, jak będziesz miał chwilę”. Tam oferta czeka w kolejce za fakturami, reklamacjami i sprawami, które palą się naprawdę. Nikt nie wyjaśnia, dlaczego akurat te dwanaście stron, która część jest ważna i co się stanie, jeśli decyzja zapadnie za miesiąc. Dokument bez opiekuna zachowuje się jak każda rzecz bez opiekuna: leży. A po drugiej stronie siedzi handlowiec, który zrobił, co do niego należało, i uznał, że teraz piłka jest po stronie klienta.

Dlaczego milczenie jest dla klienta najtańszą odpowiedzią?

Powiedzenie „nie” kosztuje. Trzeba napisać uzasadnienie, wytrzymać telefon od handlowca, który zacznie negocjować, i przyznać, że rozmowa o wycenie zabrała komuś pół dnia na darmo. Powiedzenie „tak” kosztuje jeszcze więcej, bo oznacza odpowiedzialność za budżet i za to, że wybór okaże się trafiony. Milczenie nie kosztuje nic. Klient, który nie ma jasnego terminu decyzji ani nikogo, kto zapyta go o kolejny krok, wybiera najtańszą dla siebie opcję i robi to całkiem racjonalnie. Do tego dochodzi czas: oferta stygnie. Z każdym tygodniem pamięć o rozmowie blednie, a w międzyczasie na biurko klienta spada kilka innych spraw i odzywa się kilku innych dostawców.

Weźmy handlowca, który w trzecim tygodniu ciszy dzwoni i trafia na pocztę głosową. Zostawia wiadomość, że dzwoni w sprawie oferty. Klient odsłuchuje ją wieczorem w samochodzie i myśli: oddzwonię, jak to sobie poukładam. Nie oddzwania, bo nie ma gotowej odpowiedzi, a w tej rozmowie nie czeka na niego nic nowego. Każdy dzień zwłoki robi z odpowiedzi coraz bardziej niezręczną sprawę, więc milczenie się przedłuża. Po miesiącu klient unika już nie oferty, tylko niezręczności, jaką stworzyło całe to czekanie.

Na liczbach z głowy: firma wysyła trzydzieści ofert miesięcznie, średnia wartość to czterdzieści tysięcy złotych. Jeśli co czwarta wisi w ciszy, bez umówionego kolejnego kroku, to w każdym miesiącu około trzystu tysięcy złotych leży w cudzych skrzynkach jak niewysłane listy. Nikt tego nie liczy, bo w księgach tych pieniędzy nigdy nie było. Zniknęły, zanim zdążyły stać się przychodem.

Pięć błędów, po których cisza jest murowana:

Błąd pierwszy: oferta jako załącznik bez rozmowy. Mail brzmi „w załączeniu przesyłam wycenę, w razie pytań proszę o kontakt” i na tym kończy się Twój udział. Zrzucasz na klienta całą robotę: przeczytać, zrozumieć, porównać z innymi i samemu wymyślić, co dalej. Błąd drugi: brak umówionego następnego kroku. Nikt nie powiedział „odezwę się we wtorek o dziesiątej”, więc nikt nie czuje się zobowiązany do odpowiedzi. Błąd trzeci: przypomnienie bez nowej treści. „Dzień dobry, czy dotarła oferta?” to pytanie, na które jedyna uczciwa odpowiedź brzmi „tak”, i na tym rozmowa się kończy.

Błąd czwarty: oferta do człowieka, który nie decyduje, bez wiedzy, kto decyduje i według jakiego kryterium. Piszesz do jednej osoby, a wybierają trzy, z których każda patrzy na co innego: jedna na cenę, druga na termin, trzecia na to, czy dostawca nie wyłoży się w połowie zlecenia. Błąd piąty: dokument, w którym cena siedzi na dziewiątej stronie, a zakres jest w trzech wariantach, bo „niech sobie wybierze”. Klient, który ma wybierać między trzema wariantami, których nie rozumie, nie wybiera żadnego. Wybór kosztuje wysiłek, a wysiłek zawsze przegrywa z kolejną pilną sprawą.

Jest też fałszywe rozwiązanie, po które chętnie sięga właściciel, kiedy cisza się przeciąga: rabat. „Do piątku daję dziesięć procent mniej.” Klient uczy się, że milczenie się opłaca, a Ty uczysz go, że Twoja cena była elastyczna od początku. Drugie fałszywe rozwiązanie to automat wysyłający co trzy dni to samo przypomnienie. Maszyna męczy skrzynkę i niczego nie wyjaśnia. Jeśli po rozmowach okaże się, że klienci uciekają przed ceną, to osobny temat, opisany w tekście o tym, dlaczego właściciele sprzedają za tanio. Tutaj chodzi o ciszę, której przyczyny jeszcze nie znasz.

Jak wygląda oferta, na którą klient odpowiada?

Krok pierwszy: przed wyceną zadaj cztery pytania i zapisz odpowiedzi. Kto podejmuje decyzję, według jakiego kryterium wybiera, do kiedy ma wybrać i jaki budżet przewidział. Jeśli klient nie chce odpowiedzieć na żadne z nich, wiesz już, że zbiera wyceny do tabelki, i możesz zdecydować, ile godzin w to wkładasz. Krok drugi: ofertę przedstawiasz na rozmowie, dwadzieścia minut przez telefon albo wideo, a mail jest podsumowaniem tego, co już padło. Krok trzeci: na końcu tej rozmowy umawiasz datę i formę następnego kontaktu. „We wtorek o dziesiątej zadzwonię i usłyszę od Pana: tak, nie albo co trzeba zmienić.” Klient, który to usłyszał, ma w głowie zobowiązanie, a Ty masz powód do telefonu, który nie brzmi jak natręctwo.

Krok czwarty: pierwsza strona oferty jest stroną decyzji. Cena, zakres, termin, warunki płatności i jedno zdanie o tym, co dzieje się dzień po akceptacji. Reszta to załączniki dla księgowej i prawnika. Jeden wariant, który rekomendujesz, ewentualnie drugi jako alternatywa, zamiast menu z pięcioma pozycjami. Krok piąty: kiedy cisza mimo wszystko nadejdzie, wysyłasz wiadomość, która daje klientowi prawo do powiedzenia „nie”. Na przykład: „Rozumiem, że priorytety mogły się zmienić. Jeśli temat jest nieaktualny, odpisz jednym słowem, a zamknę go po swojej stronie. Jeśli coś w ofercie wymaga zmiany, napisz co.” Taka wiadomość obniża cenę odpowiedzi do jednego słowa. Cisza przestaje być najtańszą opcją.

Gdzie trzymać oferty, żeby żadna nie zniknęła?

W jednym arkuszu, bez systemu za sto tysięcy złotych. Kolumny: data wysłania, klient, wartość, kto decyduje, data umówionego kontaktu, status. Co poniedziałek piętnaście minut: każda oferta starsza niż siedem dni, przy której nie ma daty następnego kroku, dostaje telefon albo wiadomość z kroku piątego. Ktoś musi odpowiadać za ten arkusz z imienia i nazwiska, inaczej skończy jak każdy proces bez właściciela, czyli jako pobożne życzenie. W małej firmie tą osobą bywa sam właściciel, dopóki nie przekaże arkusza handlowcowi razem z zadaniem zadawania klientom niewygodnych pytań. Wtedy te pytania przestają być wstydliwe, bo zadaje je ktoś, komu płaci się za wynik, a nie za dobre samopoczucie klienta.

Co zrobić z ofertami, które już leżą?

Otwórz listę wycen z ostatnich sześćdziesięciu dni i wybierz te, przy których od tygodnia nic się nie dzieje. Do każdej wyślij wiadomość z kroku piątego, dopasowaną do klienta i bez nacisku. Część wróci z odpowiedzią „nieaktualne”, część z konkretnym powodem, a część z prośbą o zmianę zakresu, której nie wyciągnąłbyś przez miesiąc przypominania. Żaden z tych wyników nie jest przyjemny, ale wszystkie są lepsze od ciszy, bo dają dane: ile ofert faktycznie żyje, jaki powód pada najczęściej i na którym etapie rozmowy tracisz ludzi. Tych informacji nie kupisz na żadnym szkoleniu ze sprzedaży, bo leżą w Twoich własnych skrzynkach.

Jeśli chcesz zobaczyć własny proces ofertowania z zewnątrz, wyślij formularz kwalifikacyjny. Po jego wysłaniu odzywam się z terminem rozmowy, na której bierzemy jedną Twoją ofertę i idziemy po jej śladzie od zapytania do odpowiedzi, szukając miejsca, w którym klient przestaje się odzywać. Zero obietnic cudów, za to lista zmian, które można wprowadzić od najbliższego poniedziałku. Cisza po ofercie też jest odpowiedzią, tylko płacisz za nią, nie znając treści.

Chcesz to przełożyć na swoją firmę? Zobacz, jak pracuję jako doradca biznesowy

Następny

Chaos decyzyjny w firmie — ukryty koszt wzrostu

W wielu firmach koszt nie wynika już z samego poziomu wynagrodzeń, tylko z tego, że każda sprawa o większym ciężarze wraca na biurko właściciela albo członka zarządu. Wtedy zespół …

Czytaj dalej

Widzisz ten sam problem u siebie?

Jeśli temat ma ciężar biznesowy, wypełnij formularz kwalifikacyjny.

Wejdź do kwalifikacji