Case study: handel budowlany — jak uratować firmę przed bankructwem
To była firma handlowa z branży budowlanej, około 25 osób, rodzinny zarząd trzyosobowy. Klienci byli, magazyn był, historia była. Tyle że firma przestała zarabiać i nikt wewnątrz nie potrafił precyzyjnie powiedzieć dlaczego. Po audycie obraz zrobił się brutalnie czytelny: magazyn wyceniony na ponad 3 mln PLN przy miesięcznym obrocie około 2 mln, bałagan inwentaryzacyjny, księgowość prowadzona wewnętrznie z błędami i zarząd, który nie rozróżniał marży od narzutu.

Punkt wyjścia: firma działała od lat, ale przestała rozumieć własne liczby.
To była firma handlowa z branży budowlanej, około 25 osób, rodzinny zarząd trzyosobowy. Klienci byli, magazyn był, historia była. Tyle że firma przestała zarabiać i nikt wewnątrz nie potrafił precyzyjnie powiedzieć dlaczego. Po audycie obraz zrobił się brutalnie czytelny: magazyn wyceniony na ponad 3 mln PLN przy miesięcznym obrocie około 2 mln, bałagan inwentaryzacyjny, księgowość prowadzona wewnętrznie z błędami i zarząd, który nie rozróżniał marży od narzutu.
To nie był problem jednej złej decyzji. To był problem braku narzędzi do oceny decyzji. Wskaźniki były nieubłagane: albo głęboka zmiana, albo bankructwo. Nie jako czarny scenariusz na slajdzie. Jako kierunek, w którym firma już realnie jechała.
Drugi problem był trudniejszy niż liczby: rodzinny zarząd działał na dwóch różnych systemach poznawczych.
Jeden z braci pracował na danych, miał dobre pomysły i rozumiał liczby. Był cichy. Drugi był głośny, energiczny i skuteczny sprzedażowo, ale działał głównie na intuicji. Uważał, że skoro firma przez lata jakoś działała, to dane muszą się mylić. To klasyczny problem w firmach rodzinnych: nie konflikt kompetencji, tylko konflikt sposobu widzenia rzeczywistości.
Na trzygodzinnym spotkaniu pokazałem twarde liczby i prognozy. Cichy brat rozumiał każdy slajd. Głośny brat obraził się nie na dane, tylko na posłańca. Wymusił zakończenie współpracy. To koszt tej roboty, który czasem trzeba przyjąć w pakiecie. Kiedy pokazujesz kierunek do ściany, nie każdy dziękuje za mapę.
Zwrot przyszedł kilka miesięcy później.
Po czasie zadzwonił cichy brat. Firma zaczęła wdrażać zalecenia z audytu. Sprzedali część majątku, wpuścili gotówkę do spółki i ustabilizowali sytuację. Głośny brat nie zmienił się nagle w analityka, ale zrozumiał tyle, żeby przestać blokować ruchy konieczne do przeżycia.
Dziś operacyjnie prowadzi firmę ten brat, który rozumie liczby i potrafi na nich pracować. Drugi odpowiada za handel, bo jest w tym dobry. Nie każdy musi zarządzać całością. Czasem największym postępem jest ustawienie ludzi tam, gdzie ich mocne strony pomagają firmie, zamiast ją rozrywać.
Efekt nie wygląda spektakularnie na konferencji. Wygląda dobrze w realnym życiu.
Nie mam tu slajdu z wykresem wzrostu 300%. Mam coś ważniejszego: firmę, która była na prostej drodze do upadku i z niej zjechała. Przy takim punkcie startowym to nie jest detal. To jest wynik. Czasem najpierw trzeba odzyskać zdolność do istnienia, dopiero potem myśleć o ekspansji.
Ten case study jest ważny właśnie dlatego, że nie jest efektowny. Pokazuje, że liczby nie służą do robienia wrażenia. Służą do tego, żeby w porę zobaczyć, czy firma jeszcze jedzie, czy już tylko toczy się siłą rozpędu. Tutaj udało się zatrzymać zły kierunek, zanim rachunek zrobił się nieodwracalny.
Wskaźniki finansowe dla właściciela firmy — co musisz wiedzieć
Wielu przedsiębiorców prowadzi firmę na wyczucie nie dlatego, że są nieodpowiedzialni, tylko dlatego, że nikt ich nie nauczył patrzeć na liczby jak na narzędzie zarządcze. Raport k…
Czytaj dalejWidzisz ten sam problem u siebie?
Jeśli temat ma ciężar biznesowy, wypełnij formularz kwalifikacyjny.